Zdecydowana większość ludzi posiada niewłaściwe wyobrażenie na temat tego typu działalności człowieka. I nie zależy to od osiąganych sukcesów i zajmowanego szczebla na drabinie społecznej. Mówię o tym z takim przekonaniem, ponieważ sam należałem do tej większości. Według przeciętnego śmiertelnika działalnością charytatywną zajmują się ludzie z wrodzoną zwiększoną empatią, z wyostrzonym współczuciem w stosunku do nieszczęśliwych i cierpiących, można powiedzieć – jak święta Matka Teresa z Kalkuty. Jednakże to nie tak wygląda.

Teraz już wiem, że w większości wypadków dobroczynnością zaczynają zajmować się ludzie, którzy sami przeżyli ogromny stres. Stres, który odwrócił im o 180 stopni cały świat. Stres, który usunął ze świadomości, wydawać by się mogło, że niewzruszone, zdobyte dzięki doświadczeniu i całkowicie logiczne pojęcia na temat poglądów i natury człowieka, jak również o naturze naszych relacji międzyludzkich.

W wyniku kataklizmów, nieuleczalnych chorób, wojny ktoś bezpośrednio zetknął się z przerażającą niesprawiedliwością, bezsilnością i absolutną obojętnością systemu, który my jako rodzaj biologiczny budowaliśmy przez tysiąclecia. Teraz widzę, że pomyślnie działającymi fundacjami pomagającymi walczyć ludziom ze strasznymi, i najczęsciej nieuleczalnymi, chorobami kierują ci, którzy sami przeszli przez wszystkie kręgi piekielne, których dotknęły rozmaite choroby. Nikt poza nimi tak doskonale nie wie, z czym spotykają się i czego mogą oczekiwać w każdej fazie choroby ich towarzysze niedoli. Nikt, oprócz ludzi, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, nie może do końca zrozumieć ogromu tego bólu fizycznego i psychicznego.

Mniej więcej tak to wyglądało w moim życiu. Urodziłem się pod koniec lat 60-tych w Doniecku na wschodzie Ukrainy. Od początku lat 90-tych dużo pracowałem: na swoją rodzinę, dzieci, na ich wykształcenie, godne życie, dobre mieszkanie w centrum miasta. I z pewnością wszystko by się toczyło bardzo przewidywalnie, gdyby nie WOJNA!!!

Żyć można w jakichkolwiek warunkach. Jesteśmy chyba jednymi z najlepiej dostosowujących się organizmów żywych. Jednakże w naszych czasach – czasach, kiedy możliwy jest szybki przelot samolotem na drugi koniec świata, kiedy myśli się o podboju innych planet, kiedy na wyciągnięcie ręki dostępne jest rozszyfrowanie łańcucha DNA – życie w miejscu, w którym w jednym momencie zniknęły normy społeczne – a szereg, wydawać by się mogło, normalnych ludzi zamienił się w bezdusznych średniowiecznych sadystów, gdzie życie Twoje i Twoich bliskich (nie mówiąc już o majątku) – nic nie znaczy i często zależy tylko od kaprysu człowieka z karabinem maszynowym lub od przypadkowych pocisków artyleryjskich. Ja i jeszcze prawie dwa miliony moich rodaków uznaliśmy to za niewłaściwe i, zabierając ze sobą tylko to, co niezbędne, porzuciliśmy naszą małą Ojczyznę. Ale najpierw zdążyliśmy zobaczyć to, co nazywa się „twarzą wojny” – ordy grabieżców, korzystających z okazji, by zabić i okraść. Zdążyliśmy zobaczyć zniszczone i spalone domy  i mieszkania wraz z ich mieszkańcami, skutki ostrzału artyleryjskiego – zabitych i rannych. Zdążyliśmy zobaczyć bezprawie i poczuć całkowitą bezsilność.

Jeżeli my, ludzie, możliwe jakimś cudem zasługujemy na swój los, to co złego zrobiły te niewinne istoty oddane nam bez reszty? Nie każdy miał możliwość zabrania ze sobą swojego zwierzaka. Pamiętam, jak jesienią 2014 roku biegały po Doniecku całe sfory rasowych psów i kotów, które przywykły do domowego zacisza. Nie rozumiały, gdzie podziało się ich wcześniejsze życie. Dlaczego właściciele ich porzucili? Nie wiem, co się z nimi stało, myślę, że zostały zastrzelone.

Można dużo opowiadać o odczuciach człowieka usiłującego zasnąć w odległości 300 metrów od baterii, która od zmroku do zmroku bez przerwy prowadzi ogień w stronę przeciwnika. A Ty z powodu chronicznego niewyspania czekasz z rezygnacją i bez emocji, czy nastąpi, czy też nie salwa zwrotna.

Długo można opowiadać o tym, jak na Ciebie i ludzi dzielących Twoją dolę czekało rozczarowanie wywołane obojętnym nastawieniem, a często nawet wrogością, swoich współobywateli i całej instytucji państwowej.

Dużo można opowiadać o niesprawiedliwym traktowaniu emerytów, którzy całe swoje życie i zdrowie poświęcili ojczyźnie. Oni według prawa również wrzucani są do jednego worka. Ale o tym można długo i nie tutaj…

Cały ten ból nie dochodzi do serca średniego statystycznego obywatela i nie powinien – człowiek powinien żyć, negatywne wydarzenia tylko utrudniają i tak niełatwe nasze istnienie. Ja sam przez to przeszedłem, muszę to przeboleć, chociaż tego nie chcę. Ale chcę oraz mogę pomóc tym, którzy zostali poszkodowani w tej sytuacji. Oto przyczyna, dla której zebrali się ludzie o podobnych poglądach i założyli tę fundację.

KAŻDEMU Z WAS ŻYCZĘ POKOJU I BOGA W SERCU!!!